Podróże, USA

Nasza wielka amerykańska pętla

26 kwietnia 2018

Stare indiańskie porzekadło mówi, że nie da się podróżować po Stanach Zjednoczonych bez samochodu. Sprawdzaliśmy kilka opcji i może nie jest z tym aż tak źle, ale nie da się ukryć, ze wynajęcie samochodu zdecydowanie ułatwia ogarnięcie ogromnych amerykańskich przestrzeni. Tym bardziej jeśli jesteśmy ograniczeni czasowo. Nasz pierwszy w życiu samochód z automatyczną skrzynią biegów wynajęliśmy na lotnisku w Los Angeles i „uderzyliśmy w trasę”. Opcji jest tyle, ile osób na pokładzie. Dla tych, którzy planują wakacje w Stanach, opiszemy po krótce naszą przygodę z amerykańskimi drogami. Choć każdy powinien ją skroić na własny wymiar – wszelkie modyfikacje wskazane.

Wynajem samochodu

Wynajęcie samochodu w USA to bardzo prosta sprawa. Chyba nie ma drugiego kraju na świecie, w którym byłoby to tak popularne. W znalezieniu pojazdu pomocna była wyszukiwarka www.rentalcars.com.  Możliwości jest sporo,  wybór to kwestia gustu i zasobności portfela. Kilka naszych uwag w tym temacie:

– cena z wyszukiwarki oczywiście nie jest ceną końcową – do tego na pewno dojdzie ubezpieczenie

– wykupiliśmy ubezpieczenie przez tę samą wyszukiwarkę, przez którą znaleźliśmy samochód. Podczas odbioru kluczyków dowiedzieliśmy się, że firma wynajmująca umywa ręce i jeśli coś będzie się działo mamy się z nimi nie kontaktować, tylko z rentalcars.

– przy finalizacji umowy w firmie doszło jeszcze ubezpieczenie wymagane w Kalifornii. Teoretycznie moglibyśmy jego nie brać, ale w przypadku kontroli policyjnej samochód zostałby zatrzymany, a my zostalibyśmy obarczeni wszystkimi kosztami z tym związanymi.

– przy wynajęciu nie musieliśmy się legitymować jakże pięknym szarym dokumentem jakim jest Międzynarodowe Prawo Jazdy. Nasze plastikowe polskie wystarczyło

– warto wynająć i oddać samochód w tym samym miejscu. W innym przypadku cena będzie zdecydowanie wyższa

– zwróćcie uwagę, czy nie ma dziennego ograniczenia mil

– jeśli wynajmujemy samochód z pełnym bakiem i taki mamy oddać – zróbmy to. Jeśli w samochodzie przy zwrocie nie będzie paliwa, zostaniemy policzeni według kosmicznej stawki danej firmy (np. 8,99 dolarów za galon, mimo że na stacji za rogiem jest cena 3,55 dolarów za galon).

– na koniec tego akapitu rada wynikająca z własnego doświadczenia. W USA wynajęliśmy samochód dwa razy. Na potrzeby niżej opisanej wycieczki samochód był z firmy Midway Car Rentals i złego słowa o niej powiedzieć nie możemy. Za drugim razem trafiła nam się firma Advantage Rent A Car, którą absolutnie odradzamy. Samochód jak samochód, ale obsługa fatalna. Osoba wynajmująca kłamała nam w żywe oczy, z kolei osoba odbierająca kręciła się na fotelu (dosłownie – mimo naszej prośby mówiła do nas robiąc kółka na biurowym fotelu!). Oczywiście wyszło drożej niż miało. Po fakcie sprawdziliśmy ich w necie i firma ma fatalne oceny. Ale wracając do naszej wycieczki…

Dzień pierwszy

Ruszamy na wschód, bo tam musi być jakaś cywilizacja! Z lotniska Los Angeles Airport (LAX) do wjazdu do Joshua Tree Park jest jakieś 150 mil. Według Google Maps przejechanie tego odcinka zajmie niecałe 3 godziny. Nic bardziej mylnego. Przed Tobą najgorszy, bo najwolniejszy fragment trasy. Los Angeles jest jednym z najbardziej zakorkowanych miast Stanów Zjednoczonych. Ma fatalną komunikację miejską, co sprawia że żaden Amerykanin nie ruszy tyłka z domu bez samochodu. Wszystkie ulice i wielopasmowe autostrady są przez to zakorkowane. Należy po prostu uzbroić się w cierpliwość i znaleźć fajną stację radiową. Jedyna pomocna rada jest taka, że w wielu miejscach w LA skrajnie lewy pas ruchu przeznaczony jest tylko dla samochodów… w których siedzi więcej niż jedna osoba. I uwierzcie nam, że jedzie się nim zdecydowanie szybciej. Mniejszy ruch robi się dopiero w okolicach Beaumont i wtedy dopiero poczuliśmy „wakacje”.

Park Narodowy Joshua Tree

Do Parku Narodowego Joshua Tree można wjechać dwoma wjazdami od północy i jednym od południa. My przecięliśmy park od północy do południa. Gdy podjechaliśmy do West Entrance okazało się, że jest już ono zamknięte – strażnicy pracują do godziny 17. Na szczęście Amerykanie ufają swoim turystom i robią dla nich wiele udogodnień, by odwiedzali parki. Brama była otwarta, każdy mógł wjechać i zapłacić dopiero przy wyjeździe. Cena za wjazd jednego samochodu (obojętnie ile osób jedzie na pokładzie) wynosi 25 dolarów za tydzień. Można zakupić roczną wejściówkę do wszystkich parków narodowych USA za 80 dolarów (cena również za samochód, w którym jedzie co najmniej jedna z dwóch wpisanych na karcie osób). Fajna opcja jest również taka, że jeśli nie możemy się zdecydować i nie jesteśmy pewni do ilu parków uda nam się dojechać, możemy bilety wstępu wymienić na roczną wejściówkę w ciągu tygodnia od zakupu pierwszego biletu. W każdym parku dostajemy komplet informacji o danym miejscu oraz mapkę z najciekawszymi miejscami, polami campingowymi itp.

Park Narodowy Joshua Tree

Park Narodowy Joshua Tree ma powierzchnię ponad 3000 kilometrów kwadratowych i usytuowany jest na obszarze dwóch pustyń – Kolorado i Mojave. Najbardziej charakterystyczne dla tego parku są drzewka Jozuego (Joshua Tree właśnie), nazwane tak przez mormońskich osadników, gdyż swoją sylwetką przypominały im proroka ze wzniesionymi rękami. Park jest również popularnym miejscem do uprawiania wspinaczki i boulderingu. Dlatego warto jeszcze przed przyjazdem zarezerwować sobie miejsce na jednym z dziewięciu pół namiotowych na terenie parku. My oczywiście tego nie zrobiliśmy, a wszystkie miejsca kempingowe były już zajęte. Na szczęście i na to jest sposób. Zgodnie z regulaminem jedno miejsce kempingowe przeznaczone jest na dwa samochody, trzy namioty i sześć osób, więc wystarczy znaleźć jakiegoś samotnego jeźdźca i problem z głowy. Nam udało się to już na drugim polu. Pewnemu miłośnikowi wspinania z Doliny Krzemowej odpaliliśmy 5 dolarów i mogliśmy rozbić swój styrany namiot. Pierwsza noc na kalifornijskiej pustyni pod niebem pełnym gwiazd należała do jednych z najzimniejszych w naszej całej wyprawie dookoła świata.

W gościnie na polu namiotowym w Parku Narodowym Joshua Tree

Noc w Parku Narodowym Joshua Tree była zimna i gwiaździsta

Dzień drugi

Park Narodowy Joshua Tree

Pierwszą połowę następnego dnia poświęciliśmy na włóczenie się po Joshua Tree Park. Jest tam kilka szlaków, porzucona kopalnia oraz „ogród” z kaktusami strzelającymi igłami po dotknięciu. Można też poszukać drzewa z okładki płyty U2 „Joshua Tree”, choć to podobno daremne trudy, gdyż drzewko obumarło. Na nas największe wrażenie zrobiły po prostu te przestrzenie wokół. Po kilku godzinach podziwiania ruszamy dalej. Kolejny cel to miasto Phoenix oddalone ponad 200 mil od parku.

Park Narodowy Joshua Tree

Skała czaszka w Parku Narodowym Joshua Tree

Park Narodowy Joshua Tree

Park Narodowy Joshua Tree

Park Narodowy Joshua Tree

Strzelające kaktusy w Parku Narodowym Joshua Tree

Phoenix to jedno z największych i najrozleglejszych miast Stanów Zjednoczonych. Co ciekawe, z roku na roku przybywa mu mieszkańców, choć prognozy na przyszłość nie są najlepsze. Jest to jedno z tych miejsc w USA, na które ogromny wpływ ma coraz cieplejszy klimat. Średnie i rekordowe temperatury ciągle wzrastają, a lato bywa już teraz nie do zniesienia, powodując coraz większą liczbę zgonów. W niedalekiej przyszłości problemem może być również dostęp do pitnej wody, gdyż po zasoby rzeki Kolorado coraz łapczywiej sięgają mieszkańcy Kalifornii. Na pewno jest to bardzo ciekawe miejsce, jednak my spędziliśmy w nim zaledwie jeden wieczór…. W sali Talking Stick Resort Arena obejrzeliśmy na żywo mecz NBA pomiędzy miejscowymi Suns, a Detroit Pistons. Świetna zabawa w typowo amerykańskim stylu.

Może i wysoko, ale frajda niesamowita. Detroit Pistons tym razem przejechali się po Phoenix Suns

Na noc zajechaliśmy do parku regionalnego White Tank Mountain oddalonego około 30 mil od centrum Phoenix, gdzie rozbiliśmy swój namiot. Na szczęście byliśmy tam już wcześniej (park znajduje się mniej więcej po drodze jadąc z Kalifornii), gdyż bramy zamykane są o godzinie 20. Jeszcze przed meczem zapłaciliśmy 12 dolarów i dostaliśmy kod do bramy. Gdy wróciliśmy tam około 23 pozostało tylko rozbić namiot pod osłoną nocy.

Dzień trzeci

Na dzień dobry kaktus pokazał nam środkowy palec

Ruszamy na północ! Prawie cały trzeci dzień naszej wyprawy spędziliśmy w samochodzie. Z Phoenix do Page jest jakieś 300 mil. I musimy przyznać, że było to jedne z ciekawszych 300 mil w naszym życiu. Krajobraz za oknami ciągle się zmieniał – od pustyń i półpustyń po góry i lasy. Byliśmy zdumieni jak różnorodna jest Arizona, która wcześniej kojarzyła nam się tylko ze słońcem i brakiem wody. W radiu leciało albo country (!) albo klasyki rocka. Ech, ta trasa mogłaby nie mieć końca. Jednak ostatecznie dojechaliśmy do Page, a dokładnie na pole namiotowe Page Lake Powell Campground. I choć nie było zbyt tanie – 29 dolarów za dobę – to jest naprawdę godne polecenia. Stoły, kontakty, bardzo dobre wifi, basen i siłownia.

Arizona to nie tylko pustynie

Zbliżamy się do Page

Dzień czwarty

A po co właściwie pojechaliśmy do Page? Zaraz obok na terenie rezerwatu plemienia Nawaho znajduje się jedno z najbardziej zdumiewiających miejsc, jakie mieliśmy okazje w naszym życiu oglądać. Antelope Canyon to szczelinowy kanion powstały na skutek powodzi błyskawicznych i związanym z tym wymywaniem piaskowca. Podzielony jest na dwie części – Lower i Upper – my jednak odwiedziliśmy tylko jedną część – Lower Antalope Canyon. Głównie ze względu na to, że są do siebie podobne, a także z uwagi na niemałą cenę, czyli 48 dolarów od osoby. Płacenie owszem bolało, gdyż jest to cena za godzinę atrakcji. Ale nie żałujemy, gdyż kanion robi naprawdę niesamowite wrażenie. Po szczelinie oprowadza przewodnik z plemienia Navajo, który głównie pomaga wybrać dobre ustawienia w aparacie telefonu komórkowego (pierwsze o co każdego pytał, to model telefonu) oraz pilnuje by każda z kilkuosobowych grup sprawnie poruszała się po wąwozie i nie tamowała przejścia kolejnym. Przeżycie niesamowite, a obrazy wyryte w głowie zostaną do końca życia.

Drogę do Lower Antalope Canyon łatwo znaleźć – wystarczy jechać w kierunku kominów

W oczekiwaniu na zwiedzanie Lower Antalope Canyon można podziwiać taniec Indian Navajo

Wejście do Lower Antalope Canyon

Lower Antalope Canyon

Lower Antalope Canyon

Lower Antalope Canyon

Wyjście z Lower Antalope Canyon jest bardzo niepozorne. Ciężko uwierzyć jak jest w środku

W okolicach Page jest jeszcze jedna atrakcja i ta dla odmiany jest bezpłatna. 5 mil od miasta w kierunku południowym znajduje się Horseshoe Bend, czyli przełom rzeki Kolorado. Parkujemy na darmowym parkingu przy drodze i wybieramy się na 10-minutowy spacer. Ogromna skarpa, a na dole rzeka Kolorado biorąca 270 stopniowy zakręt. O dziwo można podejść tak blisko, jak tylko się chce (choć w niedalekiej przyszłości może to się zmienić, bo widzieliśmy początek prac budowalnych przy samej przepaści). Miejsce odwiedza mnóstwo ludzi, ale skarpa jest na tyle długa, że nie ma problemu by zrobić upragnione zdjęcie. Uwaga na selfie – można zginąć robiąc.

Horseshoe Bend

Safety first

Horseshoe Bend

Prace budowlane przy Horseshoe Bend

Jeszcze tego samego dnia dojeżdżamy do Parku Narodowego Grand Canyon, który znajduje się na południowym brzegu kanionu. Punkt kulminacyjny naszej wyprawy. Wstęp kosztuje 30 dolarów, a ponieważ jeszcze nie jesteśmy pewni, czy dojedziemy do innego parku narodowego, kupujemy bilet pojedynczy. Na terenie parku jest kilka pól namiotowych, ale wszystkie miejsca są zajęte. Na szczęście gospodarze są na takie rozwiązania przygotowani. Na terenie lasu Kaibab – kilka mil od bramy parku – są wyznaczone leśne drogi, wzdłuż których można rozbić swój namiot. I takie właśnie rozwiązanie wybraliśmy. Noc była wietrzna i zimna, ale darmowa.

Nocleg w lesie Kaibab

Dzień piąty

Rano podjechaliśmy na najbliższe pole namiotowe i za drobną opłatę skorzystaliśmy z prysznica. A potem już tylko radość zwiedzania. Jest bardzo wiele punktów widokowych wzdłuż południowej krawędzi kanionu. Na niektóre z nich można dojechać bezpośrednio swoim samochodem, do innych trzeba dojechać jednym z wielu kursujących po parku autobusów. Najlepszym sposobem na zwiedzenie całego parku jest chyba zaparkowanie samochodu na głównym i centralnie położonym parkingu i poruszanie się właśnie autobusami. A sam kanion… no cóż. To legendarne miejsce znane chyba każdemu od dziecka absolutnie spełniło nasze oczekiwania. Ogrom i piękno zniewala.

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Wielki Kanion

W połowie dnia ruszamy w dalszą drogę. Przed nami dosyć długa trasa (270 mil) do miasta grzechu – Las Vegas. Po drodze mijamy miasteczko Williams, które leży „na szlaku” legendarnej drogi Route 66. Niestety tylko tankujemy i pędzimy dalej, ale miejsce wyglądało bardzo przyjemnie i polecamy zatrzymanie się tam przynajmniej na godzinę.

Miasto Williams na Route 66

Pod wieczór dojechaliśmy do Las Vegas, w którym nie mogliśmy znaleźć pola namiotowego. I tu kilka słów na temat pól dla tych, którzy tak jak my jadą w Stany pierwszy raz i korzystają z aplikacji Wikicamps (bardzo przydatnej!). Bardzo dużo kampingów w USA (przynajmniej w zachodnich stanach, które odwiedziliśmy) to tak naprawdę nie są pola kempingowe dla turystów, a miejsca na zaparkowanie swojego pojazdu RV, czyli domku na kółkach. Po ostatnim kryzysie ekonomicznym bardzo wielu amerykanów musiało opuścić swoje domy na kredyt i zamieszkać właśnie w samochodzie. Parkują wtedy na takich kempingach (ok 400 dolarów za miesiąc) i tworzą całe osiedla. Na nieszczęście turystów często takie miejsca na mapie zaznaczone są jak typowe campgroundy. I właśnie w Las Vegas problem ten dał się nam we znaki – po 3 próbach mieliśmy dość i wyjechaliśmy z miasta. Przyznajemy się zatem bez bicia… mimo planów wygrania co najmniej miliona baksów, nie wysiedliśmy nawet z samochodu. Przejechaliśmy się kilka razy w te i we wte głównymi ulicami i wyruszyliśmy do pobliskiego parku stanowego – tam przynajmniej można być pewnym, że skoro jest kamping, to i na namiot znajdzie się miejsce. Dlaczego nie zostaliśmy na noc w jakimś motelu? Otóż do miasta grzechu trafiliśmy w weekend, kiedy to ceny pokojów wzrastają znacznie – czasem nawet kilkukrotnie. Powiedzieliśmy sobie – trudno, wygramy kiedy indziej – i wyjechaliśmy do Kanionu Kyle ponad 30 mil na północy zachód. Miejsce na polu namiotowym do najtańszych nie należało – 35 dolarów – ale za to obudziliśmy się w naturze.

Kanion Kyle

Nagle znikąd pojawił się zielony potwór

Kanion Kyle

Dzień szósty

Przed przyjazdem do Stanów Zjednoczonych mieliśmy jeszcze jedno marzenie – zobaczyć sekwoje. Szósty dzień naszej wyprawy spędziliśmy znowu w samochodzie. Do Parku Narodowego Sekwoi w Kalifornii mieliśmy około 700 kilometrów. Czy to był dzień stracony? Absolutnie nie. Bo właśnie droga to najlepsze, co możesz przeżyć w podróży, a szczególnie w podróży po USA. Chyba nigdzie przemieszczanie się samochodem nie wiąże się z takim kultem. I dopiero zza kółka widać jaki to ogromny i zróżnicowany kraj. Co ważne, prawie wszędzie na trasie można znaleźć dobrą rockową stację radiową (ewentualnie country, które w tych warunkach też dobrze wchodzi). I teraz sobie wyobraźmy, że jedziemy samochodem przez niekończący się kraj, znany z całej masy filmów czy seriali i słuchamy The Doors, Guns N’Roses albo… i tu największa niespodzianka – AC/DC.

Trzeba przyznać, że w Las Vegas mają najlepsze drogi

A jak zgubisz drogę to podjedź na parking McDonalda. Czeka na Ciebie darmowe WiFi bez hasła

Wieczorem dojechaliśmy do Jeziora Kaweah kilkanaście kilometrów przed wjazdem do parku. Noc spędziliśmy – a jakże – w namiocie na bardzo przyjemnym polu namiotowym Horse Creek Campground za 20 dolarów.

Dzień siódmy

Wjazd do Parku Narodowego Sekwoji kosztował 30 dolarów i w tym momencie opłacało nam się zamiast kolejnego biletu do parku kupić karnet na cały rok. Zaproponowała nam to sama strażniczka, która szybko przeliczyła, że zyskamy na tym niewiele, bo tylko 5 dolarów, ale zawsze to coś. Niestety przykra niespodzianka była taka, że tego dnia do parku wjechać mogły tylko samochody wyposażone w… łańcuchy na koła. Okazało się, że kilkanaście kilometrów dalej oraz kilkaset metrów wyżej leży warstwa śniegu i nie w smak strażnikom ściągać z drogi co drugiego kierowcę. Dziwnym trafem przed wjazdem do parku znajduje się kilka wypożyczalni łańcuchów (czym dalej od wjazdu, tym taniej), jednak 40 dolarów piechotą nie chodzi… Tak, łańcuchy widać w stanach są w cenie, bo właśnie tyle musieliśmy dać za wypożyczenie ich na jeden dzień!

Park Narodowy Sekwoi

Park Narodowy Sekwoi to nie tylko sekwoje

Ale odwrotu nie było i trzeba było spełnić swoje kolejne marzenie. Las Gigantów to las pełen sekwoi. Są to drzewa, które robią niesamowite wrażenie nie tylko swoją wielkością, ale po prostu wyglądem. Smukłe i symetryczne, pokryte miękką, cynamonową korą. Nie straszne są dla nich pożary lasów, a żyją tysiące lat. Dużą frajdę sprawił nam również śnieg! Ominęła nas w tym roku zima w Polsce i nawet nie wiedzieliśmy jak bardzo stęsknieni byliśmy za takim klimatem. Kilka godzin z zimnymi policzkami i z butami w śniegu dobrze nam zrobiło.

Park Narodowy Sekwoi

Park Narodowy Sekwoi

Park Narodowy Sekwoi

Park Narodowy Sekwoi

Po kilku godzinach w parku ruszyliśmy w drogę powrotną do Los Angeles. Liczyliśmy, że po drodze znajdziemy jakiś wolny kemping, gdyż na mapie mieliśmy ich zaznaczonych kilka. Niestety, chyba 3 razy trafialiśmy na „osiedla” samochodów RV, a jak już dojechaliśmy do prawdziwego kempingu dla turystów, to był już zamknięty. Zmęczeni zasnęliśmy w samochodzie na parkingu nad jeziorem kilkadziesiąt mil przed LA.

Dzień ósmy

Ostatniego dnia zostało nam odwieźć samochód do wypożyczalni obok lotniska. Ponieważ byliśmy już blisko Los Angeles, a czas mieliśmy do wieczora, postanowiliśmy zajechać jeszcze do dzielnicy Venice Beach. Niesamowite, tętniące życiem miejsce. Pełne artystów, świrów, barów i restauracji oraz z żywą legendą… Arnolda Schwarzeneggera (to tutaj na siłowni nad oceanem rzeźbił swoją muskulaturę). Zdecydowanie udane popołudnie.

Venice

Gdzieś w tej okolicy Hank Moody przemawiał do rozsądku swojej córki

Każdego dnia w Venice można podziwiać wirtuozów deskorolki

Venice

Poszli w siną dal

I zdecydowanie udana wycieczka.

 

 

 

 

Może Cię także zainteresować

Brak komentarzy

Skomentuj